Ciasto szczęścia

Nie lubię wszelkiego rodzaju łańcuszków, zabaw typu „lajknij” lub „udostępnij”. Lajkuję i udostępniam tylko to, co mi się podoba. A łańcuszki usuwam bez czytania. Ale jakiś czas temu uległam… 😉 Czasem trzeba załamać zasadę.

Dostałam od żony kolegi zaczyn na łańcuszkowe ciasto szczęścia. Przeczytałam kartkę dołączoną do niego i się przeraziłam… Ale. Zrobiłam wszystko wg instrukcji i wyszło pysznie. Na wszelki wypadek dodałam dużo czekolady i orzechów 😉

Instrukcja „brzmiała” mniej więcej tak:

Poniedziałek: zaczyn wlać do miski, dodać 250 g cukru, przykryć ściereczką. Nie mieszać!

(warto pamiętać, że ten chlebek nie lubi metalu, należy więc unikać metalowych łyżek i misek)

Wtorek: dodać 250 ml letniego mleka. Nie mieszać!

Środa: dodać 250 gr mąki. Nie mieszać!

Czwartek: zamieszać rano, w południe i wieczorem. (ja zrobiłam to tylko dwa razy, rano i wieczorem)

Piątek: dodać 250 gr cukru. Nie mieszać! (uznałam, że to trochę za dużo, więc dałam mniej, 150 gr)

Sobota: zamieszać, ciasto rozdzielić na 4 części, 3 części rozdać – najpóźniej w poniedziałek.

Niedziela: (tu już trochę poniosła mnie fantazja i wywaliłam część składników) do czwartej części dodałam 200 gr oleju, 250 g mąki, 3 całe jajka, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, pół łyżeczki soli, rozwaloną na kawałki tabliczkę gorzkiej czekolady i miseczkę orzechów włoskich (dzielnie nałupanych przez męża-asystenta). Piekłam w 180 stopniach 45 minut.

Smakowało. Żałowałam, że nie zostawiłam sobie tego zaczynu więcej. Mam nadzieję, że osobom, do których powędrowały trzy pozostałe części też były zadowolone mimo tygodniowego zaglądania do zaczynu 🙂

ciasto

ciasto (1)

ciasto (2)

ciasto (3)

ciasto (4)

ciasto (5)

ciasto (6)

ciasto (7)

ciasto (8)
ciasto (9)

Reklamy