… jeść się chce codziennie…

Kuchnia w moim domu rodzinnym jest chyba najważniejszym pomieszczeniem, prawie nigdy nie gaśnie w niej światło i ciągle ktoś się kręci. Na niedzielne śniadanie trzeba przyjść na czas, z gwizdkiem czajnika, bo inaczej siedzi się ze swoim taborkiem prawie na progu.

Gdy zastanawiam się nad obiadem, „wertuję” w głowie menu naszej Mamy. Mimo braku czasu lubię gotować, czasem zmieniając przepis, improwizując na tyle, że ciężko ten wyczyn powtórzyć. Gotuję „na oko”, często nie trzymam się proporcji i ilości (wiem, wiem, za chwilę nastąpi lincz…:)) Potrawy, które przyrządzam są raczej zwykłe, ot takie kulinarne zwyklaki. Gotowane prawie tak samo od lat przez Mamę, siostry, siostrzenice, mnie… Jestem zdania, że obiadem przede wszystkim trzeba się najeść, a nawet najzwyklejszy kotlet zrobiony z miłością i ładnie podany jest godny „królewskiego stołu”.

Moja kuchnia jest sentymentalna, każde danie to osoba, twarz, historia. Nie lubię anonimowych dań z internetu. Czasem eksperymentuję, wtedy korzystam z książek kucharskich, które tworzą kolorowy wielokulturowy szyk na kuchennym parapecie. Najczęściej jednak zaglądam do zielonego zeszytu w kratkę, który podzielony na działy powoli zapełnia się przepisami, pisanymi różnymi długopisami, czasem na kolanie, z dokładnymi proporcjami, ale też bez, zasłyszanymi w domu, u znajomych, wypróbowanymi i polubionymi.

Przecież jeść się chce codziennie…

Reklamy